Inle Lake łodzią i rowerem

DSC08523Rano!  Pakujemy  się  do  pickupa ,plecaki  na dach .Objeżdżamy  teren Bagan zbierając kolejnych  turystów podobnie  jak  my  ruszających  w  stronę jeziora Inle. Robi się  cokolwiek  ciasno więc kulimy  się  starając  zająć jak  najmniej  miejsca. W  końcu  po  godzinie  docieramy  do  dworca ,przepakowujemy  się . Autobus  warcząc i  sapiąć cierpliwie  pnie  się  przez  serpentyny  dróg. Po  ośmiu  godzinach  docieramy  do  Nyaungshwe. Miasteczko  połączone  kanałem z  Inle jest główną  bazą wypadową  nad  jezioro. Zakwaterowujemy się w hoteliku Quinn Inn ,przy  samym kanale. Mnóstwo  długich  łódek ,długie  promienie  zachodzącego  słońca, widok  niczym w Wenecji. Niezwykle miła i  sympatyczna  obsługa  hotelu  udziela  nam  wszystkich  potrzebnych  informacji. Ruszamy  w  miasto ,które jak  wszystkie   miejscowości  tej części  świata  jest chaotyczne, brudne, ciemne, miejscami  śmierdzące….jednocześnie uśmiechnięte, sympatyczne ,uduchowione  to wszystko dzięki tubylcom, a może religii , która  nakazuje szukać  szczęścia  w  sobie…może  dzięki  wszechobecnemu   mingalaba(dzień dobry).

Zarezerwowane jeszcze  wczoraj  rowery  czekają na nas  już  od  poranka. Śniadanie  i  ruszamy drogą  po  grobli do  malowniczego, drewnianego  klasztoru Shwe Yaunghwe Kyaung i podziwiamy  dzieło  wspaniałych  snycerzy a opiekunowie  świątyni zapraszają  nas  na  herbatkę. Zwiedzamy pagodę pełną nisz z maleńkimi  figurkami  Buddy, upamiętniającymi darczyńców świątyni. Odnajdujemy tu również  polskie  nazwiska. Ruszamy  w stronę jeziora mijając po  drodze zalane wodą pola  ryżowe, obserwując wieśniaków sadzących  tą najważniejszą  dla  Azji  roślinę. Mijają  nas  chłopcy  jadący na  wołach, prowadzonych  na  pastwiska. Marek  zabiera nas  do  miejscowej  szkoły , gdzie mamy  okazję  podejrzeć mnicha  prowadzącego  zajęcia  dla  ok.  50  małych  uczniów. Starsza  pani  wyjaśnia  nam  meandry systemu  edukacyjnego  w  Birmie opartego przede  wszystkim  na szkołach  buddyjskich. Trwa  właśnie  końcowy  egzamin i  dzieci  będą  miały  wakacje. Pedałujemy , droga wije  się  pod górę bo zmierzamy w  stronę Red Mountain Estate, jednej  z  dwóch winiarni znajdujących  się  w  Birmie. Na  25 hektarach  uprawianych  jest  kilka  odmian  winorośli, degustujemy, nawet  niezłe.  Kontynuujemy naszą wycieczkę , upał daje  się  mocno  we  znaki zmuszając nas  co  i  rusz  do  postojów. W maleńkiej  przydrożnej knajpce (jak  się  okazuje  nie  przypadkowej –Marek  już  tu  kiedyś  był),zasiadamy  wprost  na  podłodze i  poznajemy  smaki  lokalnych  sałatek np.robionej  z  długiej  fasoli czy też ze sfermentowanych  liści  herbaty popijane piwem i  przegryzane  olbrzymimi chyba  ziemiaczanymi  chrupkami ….pycha. Obok  nas  zasiada kilku młodych  birmańczyków .Wciągają  nas  w rozmowę, są  ciekawi świata i  nas. My również pytamy  o wielkość ich  rodzin, marzenia, słuźbę wojskową ,która  podobnie  jak  kiedyś  u  nas  nie  cieszy  się  popularnością  i  jest  obowiązkowa. Aye Ko sympatyczny  19  -latek obiecuje na  nas  czekać nad jeziorem i  być  naszym  przewodnikiem  po   wsi Main Thauk. Okazuje się , że jeden  z  siedzących chłopców był przewodnikiem  Marka dwa  lata wcześniej, jest  dużo śmiechu , na  zdjęciach  zrobionych  wtedy  rozpoznają swoich  przyjaciół, ciocie, rodziców. Pedałujemy dalej , na  rogatkach  czeka  Aye Ko. Zwiedzamy miejscowy klasztor, szkołę buddyjską.           W Birmie  chłopiec  by  mógł stać  się mężczyzną , staje  się  na  jakiś czas mnichem. Nasz przewodnik  nosił szafranowe szaty  przez  rok. Póżniej  wybrał świecką ścieżkę. Długim, drewnianym  pomostem dochodzimy  do wsi i popołudniowe  słońce wyczarowuje przepiękne widoki. Na dwóch  płaskich  długich łódkach przemierzamy  kanały, pełniące tu rolę ścieżek, nasi przewożnicy  często pomagają  sobie  we wiosłowaniu  nogą (technika  ta  jest wyjątkowa i używana tylko  przez Inthi-ludzi  jeziora.) Wszystkie  domy zbudowane są na  palach na nich też   są klatki  dla  zwierząt, szkoła. Mieszkańcy w wodach  kanałów myją się i piorą. Złote refleksy  kładą się  na  wodzie, domach, odbijają się  w tafli jeziora, bajkowo!!!  Nasz  przewodnik zabiera  nas do  swojego  rodzinnego  domu, poznajemy  jego  rodziców,  szwagra i brata.Trzy  starsze siostry  wyprowadziły  się  już do  domów  mężów. On i  starszy brat mieszkają z rodzicami. Z uśmiechem  Aye Ko mówi  ,  że nie spieszy  się  do  żeniaczki i  planuje  założyć  rodzinę ,za  kilka  lat. Obyczajowość nie  zabrania młodym  spotykać się i  tylko  ojciec naszego  przewodnik, po  rodzicielsku  marudzi  na  coraz  to  nowe  sympatie (skąd my  to  znamy?).Oczywiście  jesteśmy  częstowani herbatą, tak  jak  właściwie  w  każdym  miejscu  w  Birmie. Dyskretnie rozglądamy  się , prostota i funkcjonalność pomieszczeń zadziwia . Kuchnia, pokój sypialny ,wspólne pomieszczenie z ołtarzykiem domowym. Wracamy, zamieniamy  nasze łódki na łodzie  motorowe  i pakujemy  się  razem  z  rowerami.  Wracamy  do Nyaungshwe, dzień  się  kończy.  Marek  umawia  się  z Aye Ko, że rano  zabierze  nas  łodzią w  podróż  po  jeziorze.

 

Okiem obiektywu

DSC08483

Po takim widoku ryż będzie smakował inaczej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tur de Birma , lider na czele…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wioo koniku…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nas nie digoniat…

DSC08554

A tak umiecie…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kuchnia birmańska słynie z czystości …

Categories: Birma 2015, Dziennik z wyprawy | 2 Komentarze

Zobacz wpisy

2 thoughts on “Inle Lake łodzią i rowerem

  1. monia

    Pieknie, tylko pozazdroscic wrazen 🙂 pozdrawiam

  2. Kuba

    No ja tam Was nie bardzo widzę w tej waskiej łódce Aye Ko w rejsie po jeziorze. Wezcie kapoki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: